Menu

Śladami Cesarzowej

podążają Ci, dla ktorych chińszczyzna to coś więcej niż ryż z warzywami w pięciu smakach....

Walentynki w Chinach

duo.na

To jest skrot refleksji posobotnich. I tylko dlatego, ze tego dnia mijaly mnie na ulicy tylko usmiechniete twarze, co jest rzecza dos niespotykana w moim miescie. Chinczycy zapatrzeni w Stany Zjednoczone Am. Pln. szybko implementuja zachodnie zwyczaje dostosowujac je do warunkow lokalnych. Czerwonego koloru i serduszek pelno bylo wszedzie, ale prezenty nieco inne niz te, ktore dajemy i otrzymujemy w Europie.

 

Dziewczyny z reguly dostaja bizuterie (moze to byc naszyjnik, pierscionek, bransoletka lub kolczyki), maskotke (raczej maskote, bo im wieksza tym lepsza), czasem czekoladki i obowiazkowo roze (moze byc caly bukiet). Upominki  zaleza od fantazji i zasobnosci portfela meskiego osobnika. W menu tego dnia figuruje tez obiad choc czesciej kolacja, spacer – i nagle moje ulubione wyludnione miejsca zapelnily sie parami az trudno bylo znalezc wolna lawke, choc wietrzna pogoda nie zachecala do spacerow. Na zakonczenie milego dnia kino. W repertuarze obowiazkowo romantyczna komedia 爱得起 (Czy stac mnie na te milosc?). Malo smieszna i chwilami nudna, ale byla.

 

Chlopcy nie dostaja prezentow. Ale oczywiscie powinni byc wniebowzieci, ze ich wybranka zgodzila sie spedzic z nimi ten szczegolny czasJ

 W sobotnie popoludnie pary zakochanych wyszly z ukrycia nie obawiajac sie spolecznej dezaprobaty. I nawet jesli tego dnia nie lubie, to rozumiem, ze jest im potrzebny. Zmiana obyczajow wymaga czasu.

Bilans noworoczny

duo.na

Zycie emigranta pelne jest niespodzianek. Nowy kraj, nowe otoczenie, nowi ludzie czasem z bardzo odleglej kultury, wywoluja stres, ale tez przynosza chwile radosne, czy zgola smieszne. Duma napawa go rozmowa z tubylcem, prowadzona w jezyku tubylca oczywiscie, w ktorej slyszy komplementy o doskonalej znajomosci jezyka. Smieje sie z siebie a czasem zawstydza, gdy popelnia gafy jezykowe czy kulturowe. Z bolem glowy wedruje wsrod regalow w supermarkecie w poszukiwaniu ulubionych wyrobow, czasem na "chybil trafil" wybiera produkty, by w koncu odkryc te, ktore najbardziej mu smakuja, znalezc marki, ktore najbardziej przypadna do gustu.

Przyznam, ze czasem traktuje wycieczki na bazar jak wyzwanie: znalezc nowe, dobre warzywo lub nowa przekaske. Kiedys w taki wlasnie sposob odkrylam bulki na parze, ktore w Polsce nazywa sie pampuchami (dzieki Sister za te lekcje) oraz pewien rodzaj chleba. I tu mala dygresja - w Chinach nie ma chleba. Tzn. jest tostowy, ale tylko slodki oraz wypieki drozdzowko-podobne. Lubie chleb, ale nie musze jesc go codziennie. Tylko do jajecznicy jakby czegos brakuje. Odkryty przeze mnie chleb byl w dwoch wersjach slodki i slony. Mialam zatem namiastke tego, do czego bylam przyzwyczajona w Europie. A pampuchy byly rewelacyjne, bo mozna je bylo jesc rekami, rozdzielajac na pojedyncze warstwy. Tak z reszta, smakowaly najlepiej!

Mniej wiecej dwa tygodnie przed Chinskim Nowym Rokiem pani sprzedajaca pampuchy zamknela stragan. Tydzien pozniej zniknal pan sprzedajacy chleb. Myslalam, ze to tylko chwilowe, ze sa z innych prowincji i po prostu pojechali w rodzinne strony. Niestety, tydzien w ktorym swietuja Chinczycy juz sie zakonczyl, a oni nie wrocili. Na straganie pani od pampuchow jest wywieszka, ze do wynajecia. Dodam jeszcze, ze sklepik, w ktorym zaopatrywalam sie w wode do picia i wysmienity ryz - transport do domu byl gratis, zostal zlikwidowany. A w pobliskim supermarkecie nie ma ryzu, ktory tak bardzo mi smakowal.

Powstala luka w biznesie "chlebowym" napewno zostanie zapelniona, tylko kiedy? Czy wyroby innej osoby beda tak samo smaczne?

Jak na razie nie znalazlam nic, co zastapiloby w moim jadlospisie wspomniane produkty. Nawet nie szukam, bo ogarnal mnie marazm... Ehhhh, przyznam sie, nie marazm, tylko walka z grypa, ktora przywiozlam z Harbinu. I ciagle nie mam sil by zajac sie zdjeciami a bylo naprawde super.

Zdjecie pampuchow, tak z sentymentu.

 

Wampiry i inne zarazy

duo.na

Od srody w ramach walki z wampirami wprowadzilam do diety czosnek. Przyznam, ze cholerstwo jest ostre na surowo! Do tego, na sporzadzanie nektaru zuzylam pol sloika miodu i 4 cytryny. I odnioslam prawie sukces. Tzn. chyba wampiry zostaly wytrute! Ja niestety, z istoty pociagajacej, przeistoczylam sie w smarkata i kicham na wszystko. Zostal juz tylko weekend na walke, bo w poniedzialek lece do Harbinu ogladac rzezby lodowe i marzy mi sie jazda na nartach. Ale jak nie zdaze z leczeniem, to chyba z tamponami w nosie bede po stoku pomykac. Ot zycie!

***************

Kakao z mlekiem sojowym, to nie to, co tygrysy lubia najbardziej:)

© Śladami Cesarzowej
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci